Najpierw rl – poranny mail od studentki, piszącej pracę magisterską o historii naszego wydziału, z prośbą o kilka informacji.
Lista nazwisk, fala wspomnień. Cały dzień powracają do mnie twarze i urywki scen.
To był dobry czas.
Od czasu do czasu w SL pojawiają się dawni znajomi. Zaglądają rzadko, najczęściej w nocy, odzywają się na IM: “Co u Ciebie? Co się tu teraz dzieje? Są jakieś ciekawe miejsca? Jest coś podobnego do Caffee?”
Nie ma. Lista znajomych po części nowa, po części martwa, zostawiam niektóre nazwiska z nadzieją, że kiedyś wrócą. Zapytają.
Czy to Caffee była miejscem szczególnym, czy czasy wtedy były inne? I na czym ta inność polegała? Było nas mniej? Mniejsze znaczenie – o ile w ogóle jakieś znaczenie – miało, czy skin z Redgrave, a włosy RaC? Nie wiem. Pomyślałabym, krytycznie jak zwykle, że to tylko moje narzekanie, ględzenie znudzonego dwuletnim życiem awatara, ale nie jestem jedyna.
Tęsknię za del Mar, za wiszącym w powietrzu zapachem butwiejących w wodzie liści z lindenowskich dębów, które tak naprawdę są klonami. Za rozmowami o wszystkim i niczym, prowadzonymi do późnej nocy. Za imprezami, których tak nie lubię robić, a które działy się same. I podczas których wszystko mogło się zdarzyć.
Fish przebrany za brzydką grubaskę w różowej sukience.
Jantarka z włosami z plasteliny, w przefarbowanych jeansach od Lindenów (Nightclub Female, a jakże).
Tomek w stringach wijący się na rurce.
Ja w pawich piórach tańcząca na krześle.
Było i nie ma. Rozpierzchliśmy się. Niektórzy oddalili się od siebie, niektórzy zniknęli na zawsze, niektórzy uśmiechają się do siebie przez IM, nie mając czasu na spotkanie. Czasami nostalgicznie ktoś się odezwie: “a pamiętasz…”
Pamiętam. To były piękne miesiące. A teraz jest po prostu inaczej.
Zastanawiam się, na czym to polega – jest nas więcej, a jednocześnie coraz częściej słyszę głosy, że SL opustoszało. I coraz mniej między nami dialogu, a jeśli już do niego dochodzi, coraz łatwiej zmienia się w nieuzasadnione ataki. A nie, przepraszam – w uzasadnioną obronę przed nieuzasadnionym atakiem. Którego ja najczęściej nie widzę, o większości konfliktów dowiaduję się na końcu, zdumiona tym, że pan X nie lubi się z panią Y, która nie trafi pana Z, chociaż jeszcze kilka miesięcy temu rozmawiali ze sobą całkiem normalnie. A zdumienie moje nie ma końca, kiedy okazuje się, że i ja jestem w to wszystko wplątana, chociaż coraz rzadziej pojawiam się gdziekolwiek.
Z mojego tarasu widać morze i księżyc unoszący się nad Morfiną.
Na horyzoncie powiewają proporce, zatknięte dumnie na flankach nieustannie oblężonych twierdz.
———
A piosenka bez związku. Przylepiła się do mnie.






