Lubimy o sobie myśleć “dobry człowiek”. Miły i wyrozumiały dla innych, cierpliwy, pochylający się nad losem biednych dzieci i maltretowanych zwierząt. Nie zastanawiamy się zwykle, ile w tym naszych prawdziwych uczuć.
A może czasem warto przyznać, że wcale się dobrym człowiekiem nie jest? Rozgryźć tę gorzką pigułkę szczerości, żeby poczuć rozpływający się na języku i podniebieniu lepko-słodki smaczek satysfakcji.
Nie, nie jestem dobrym człowiekiem.
Na widok płaczącego dwulatka nie myślę “biedne maleństwo”, jedyne, co przychodzi mi do głowy to “rozwydrzony bachor”. Szybko tracę cierpliwość wobec ludzkiej głupoty (dodam: bezgranicznej), nie toleruję nędzy językowej, mam ochotę boleśnie kopnąć w kostkę każdą staruszkę, która z tępą miną wpycha się przede mną z koszykiem w nieistniejącej kolejce, odpycham namolnie łażącego za mną ograniczonego umysłowo dwunastolatka, zastanawiając się, gdzie, do cholery, jest jego rodzic i dlaczego mam to znosić.
A to wszystko z uśmiechem, w którym nie widać cienia fałszu (tak, naprawdę nie widać). Potęga wychowania. Prania mózgu, które zmusza nas do wiary w to, że poprawność polityczna, ta okrągła, nijaka papka, jest tym, co zbawi ludzkość.
Powiedzcie mi, jak można, mając za sobą więcej niż 7 dni w SL, założyć buty w taki sposób?


Dziewczyny, cholera jasna, w każdej paczce z butami jest coś takiego jak shoe base (ok, nie w każdej, niektóre buty, rzadko, takiej bazy nie potrzebują, nazwa też może być nieco inna), naprawdę nie trzeba mieć dużo więcej rozumu niż biedronka, żeby to zauważyć i sprawdzić jak to działa, chociażby z ciekawości.





