RSS

Tag Archives: There

Tam, czyli całkiem inne życie

Posted on

O There dowiedziałam się tego samego dnia kiedy po raz pierwszy udało mi się zalogować w SL. Dlaczego wtedy nie spróbowałam? Nie mam pojęcia. Później przez kilka tygodni nie było okazji, SL wciągnęło mnie od pierwszych minut. O tym, że wreszcie ściągnęłam i zainstalowałam There zadecydował przypadek, a może raczej nawalające serwery LL (z tego samego powodu jeszcze później zajrzałam do RedLightCenter, ale o tym kiedy indziej).

Kiedy pierwszy raz tam byłam, There przypominało bardzo biednego kuzyna Second Life. Pod każdym względem. Wróciłam po kilku miesiącach, żeby sprawdzić czy coś się zmieniło. Bo coś musiało, skoro na starcie zostałam poproszona o ściągnięcie nowej wersji.

Oczywiście.

Po pierwsze i zapewne z punktu widzenia właścicieli tamtego świata najważniejsze – pojawiła się możliwość wykupienia konta premium. Wydaje mi się, że przedtem nie było podziału na rodzaje kont.

Po drugie – logując się można wybrać miejsce. Za pierwszym razem kiedy tam byłam lądowało się na jednej niewielkiej wysepce, z której nie potrafiłam się wydostać (taaak, od razu przypominają mi się rozpaczliwe okrzyki „jak się wydostać z wyspy startowej??” Uczciwie przyznaję, w There nie umiem przejść tego etapu).

Po trzecie – awatary mają nieco bardziej urozmaicone ubrania, co oczywiście wiąże się z zakupami, co wiąże się z wymianą gotówki (czy jest możliwość zarobienia w There nie byłam w stanie stwierdzić).

Właśnie – wymiana waluty. L$ w There nazywają się Therebucks, mają skrót T$ (Ts). Przelicznik: 1 $ = 1800 T$ (stan na dzisiaj, nie wiem na ile wpływ na siłę Ts’ów ma sytuacja na światowych giełdach). Ale czy warto? Po najskromniejszych nawet zakupach w SL można się tylko pośmiać na widok tych cudowności. Najprostszy zestaw ubrań, jaki ma każdy awatar w swoim inventory na starcie w SL to są królewskie kreacje w porównaniu z tym, co ma się w There. Madelaine_S ma w szafie koszulkę, szorty i sandały.

Zaczyna się od rejestracji. Przebiega krótko, nie ma wyboru nazwisk, ponieważ można się nazwać dowolnie. Cóż za pole dla wyobraźni.

Kiedy już ściągniemy 45 MB zainstalujemy całość (potrzebne jest 300 MB wolnego miejsca na dysku), możemy się logować.

Tu też zmiana – There otwiera się w oknie, wersja pełnoekranowa graficznie wygląda na dużo gorszą od Prince of Persia, w którego grywałam jako dwunastolatka. A może się czepiam.

W oknie There prezentuje się tak:

Gdybym była bogata, mogłabym zmienić na przykład fryzurę… Ale nie, nie chcę być bogata.

Bardzo irytujące jest to, że kliknięcie w cokolwiek skutkuje otwarciem się przeglądarki. Profile użytkowników, sklepy, wybór innej lokalizacji, podręczna pomoc – wszystko. Oczywiście, że można się do tego przyzwyczaić, zastanawiam się tylko po co There aż 300 MB wolnego miejsca?

Oczywiście, nie obrazki są ważne, ale ludzie. A ludzi w There jest zdecydowanie więcej niż za mojej pierwszej wizyty.

Nie ma czegoś takiego jak okno chatu, kiedy chcemy coś powiedzieć po prostu piszemy – i tekst pojawia się w chmurce nad głową. Jest możliwość prowadzenia rozmowy na IM, można też poznaną osobę dodać do listy znajomych (buddy list).

Ja poznałam 3 osoby. Rozmowa sprowadzała się do uzgadniania how are you, ile masz lat i gdzie mieszkasz. Potem, kiedy podskakująca wesoło trzynastolatka z Peru poszła dalej, udało się zamienić kilka zdań z dalszych stron rozmówek angielsko-wszelkich.

Kiedyś There przypominało mi biednego kuzyna SL. Wczoraj przekonałam się, że tym biednym kuzynem pozostało.

Reklamy