Kiedy ty w łazience
Plecy myjesz wodą
Ja zacieram ręce
Zbrodnię knuję nową
Jeszcze się oddajesz wodzie
Lecz wnet pojmę cię ja złodziej
Wciąż nas dzieli ścianka
Każda chwila dłuższa
Druga kawy szklanka
Trzecia fajka w ustach
Czuję niemal jak za ścianą
Wdzięki swoje mydlisz pianą
Niechaj sobie woda
Powolutku ciecze
Tylko że apetyt rośnie
A czas się wolno wlecze
Gaśnie już papieros
Kawa stygnie
Krew aż bucha
Niespokojne serce
Zwolnić wcale nie chce
Nigdy mnie nie słucha
Kiedy tak się kąpiesz
Myjesz sobie plecy
Ja się cały trzęsę
Wszystko z rąk mi leci
Zanim staniesz tu na progu
O odwagę proszę wszystkich bogów
Woda jak to woda Powolutku ciecze
Gorzej że apetyt ciągle rośnie
A czas się wolno wlecze
Gaśnie już papieros
Kawa stygnie
Krew się pieni
Uspokajam serce
Lecz mnie słuchać nie chce
I już się nie zmieni
Znowu jestem tutaj, chociaż nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę mogła powrócić. Dopłynęłam jednak. Morze nie zawsze było przyjazne, nie pamiętałam zbyt dobrze drogi – ale nie dziw się temu, wtedy płynęłam przecież z Kocim Mężczyzną, tym razem musiałam sobie radzić sama. Jest w tym trochę więcej satysfakcji, muszę to przyznać, jest też i radość z odkrywanej na nowo samotności. Jest samotność.
Wszystko wygląda tu teraz inaczej; pamiętasz, kiedyś Wyspa była kwiatem, teraz rosną tu tylko trawy i kamienie. Tak wiele pracy przede mną, tyle spokojnego wysiłku. Trzeba wszystko posprzątać, poustawiać od nowa na swoich miejscach. Odnaleźć stare meble, w wazonach poukładać kolorowe bukiety z traw i ptasich piór. Jeżeli przylecą ptaki.
Nie wiem zupełnie, co się z nimi stało, nie wiem zupełnie, co stało się z ogrodem. Nie pamiętam, gdzie był, w których miejscach biegły ścieżki. Nie myślę nawet o odnalezieniu Różowych Drzew, są przecież jakieś granice pamięci.
Wyspa zimą. Naga i opuszczona, trochę bezbronna, trochę niczyja. Nie przypuszczałam, że będę tu o tej porze roku, przecież poprzednio wyjechałam, kiedy tylko zaczęła się jesień. Bałam się wtedy jesieni, nie potrafiłam jej przeżyć. A może po prostu byłam pewna, że poradzimy sobie bez siebie, ja bez jesiennej Wyspy, jesienna Wyspa beze mnie. A potem zapomniałam.
Jestem tu dopiero kilka nocy, właściwie nie zdążyłam się jeszcze rozpakować, jakbym zostawiała sobie w ten sposób furtkę, możliwość powrotu. Walizki stoją w drzwiach, walizki, torby i kuferki, czują się pewniej ode mnie, zwłaszcza nocą. Kiedy brakuje mi oddechu Kociego Pana, błysku w oczach Słonecznego Chłopca.
Kończę już, wybacz mi, że tak chaotycznie opisałam to wszystko. Ale jest tyle niepokoju we mnie, tyle niepamięci. Nie wiem, czy tu zostanę, nie wiem, czy chciałabym tu zostać.
Jeszcze napiszę.
——————
Ewa Lipska
*** (dotąd doszliśmy)
dotąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
koniec z początkiem. Przekłady Homera na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
Nikt nie przypływa po nas. Puste oceany.
Spokój gwałtowny. Może to juz sierpień. Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
Jest mi tak jakby już było za późno.
Może to sierpień. Ale drzew tu nie ma a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
Nikt nie przypływa. Homerycki żart i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart.
Nikt nie przypływa
Tak, tak, kilka dni temu znowu zaczęłam go słuchać.
Myszka Miki współautorem muzyki jest Karel Plíhal Antoni Muracki
Budzę się szarym świtem i chwytam się za serce
czy coś tam jeszcze bije, czyżbym miał jeszcze szczęście?
A może już po mnie, bo mam buty woskowane
ku śmierci kołowrotek, bezsensowny ten sam ranek.
Nie ma z kim, nie ma o czym, nie ma co i nie ma jak
nie ma gdzie i nie ma po co, każdy jest z sobą sam.
Wychudły Don Kichot siodła swą Rozynantę,
a ślepy bóg za sterem prowadzi nasza łajbę.
Telefon niech milczy - nagranych uczuć dramat,
złe wieści jak bezpieka także przychodzą z rana.
Już na wpół czujny, na wpół złapany w nocy wnyki,
mógłbym się zaśmiać, lecz mam uśmiech Myszki Miki
Ranki bym zniszczył.
W radiu gra Chick Corea – prezenter dobry człowiek -
zaprawdę jest wesoło niczym w rodzinnym grobie.
Uśmiecham się jak mumia, mam wory pod oczami,
różowy świt mnie nudzi, dzień nowy już nie mami.
Coś mówisz o tym, co byś znów ze mną robić chciała,
pomału stygnie pościel, dołki po rozgrzanych ciałach.
Wszystko oblekła szarość – jak orzec czyjąś winę,
drwal machnął swą siekierą, łączącą przeciął linę.
Dwa łóżka jak dwa kraje dzielą pograniczne słupy,
wzdłuż ozdób na tapecie ciągną się kolczaste druty.
Gdy sen nadejdzie błogi, już nie męczą żadne zmory.
wszak była we mnie miłość – dziś pusta złość i gorycz.
Druty bym zniszczył.
Przeklęta ta godzina, moment, tej chwile przelot,
gdy rzeczy się wahają pomiędzy czernią a bielą,
gdy jeszcze półmrok toczy odwieczną wojnę z brzaskiem,
bezsenność jest cierpieniem, palącym oczy piaskiem.
A wszystko huczy w głowie i tępo kłuje w boku,
chciałbym na dobre zasnąć, nie myśleć i mieć spokój.
Z łokciami na kolanach – słucham, jak łzy twe płyną
Na życie już za późno – za wcześnie, żeby ginąć.
Co było jeszcze wczoraj, niepotrzebne dziś nikomu,
Ostatni kawy łyk, bo nie ma więcej kawy w domu.
Wszak przyjdzie, co przyjść musi, nadejdzie nieproszone,
Chleb z masłem zawsze spada nie na tę, co chcesz stronę
Masło bym zniszczył
Mówisz mi o nadziei i siecią słów oplatasz,
co jak szpiegowskie sondy krążą dookoła świata.
Rozebrać się z piżamy może bym umiał jeszcze,
dwadzieścia lat mówiłem, dziś już mi się mówić nie chce.
Z plakatu w ubikacji knur spasły do mnie mruga,
Pędząc zabiera wszystko spienionej wody struga.
Spłukuje to, co było i niesie wprost do ścieku,
a mnie tu przyjdzie zostać, nim zbraknie mi oddechu.
Macam się po nadgarstku, na dworze prawie świta,
zegar godziny bije i pogodnym dniem nas wita.
Już na wpół czujny, na wpół złapany w nocy wnyki,
mógłbym się zaśmiać, lecz mam uśmiech Myszki Miki
Miłość bym zniszczył.
Jesień, jesień proszę państwa. Chciałoby się przespać do marca.
.
.
.
Przygnębienie tłumaczenie: Renata Putzlacher
Jak stalowa cienka struna
która na me palce czeka
jak na niebie mokra łuna
kiedy księżyc połknie rzeka
Jak sto wraków u wybrzeży
jak ostatni grosz złamany
i jak dzwonu głos na wieży
gdy wróg stoi za murami
Takie czuję przygnębienie
taki nastrój minorowy
Brzmi fortepian jak cierpienie
nic nie zmienię nie ma mowy
Tylko takie pieśni umiem
takie pieśni pisać umiem
Wcale świata nie rozumiem
Jak ostatni liść na drzewie
kiedy jesień krzesła zwija
jak nie twoja dłoń w potrzebie
lecz dłoń obca dłoń niczyja
Jak pokracznych przysiąg orszak
ileż tych obietnic było
jak pytanie czy mnie kochasz
i milczenie twe jak wyrok
Takie czuję przygnębienie
taki nastrój minorowy
Brzmi fortepian jak cierpienie
nic nie zmienię nie ma mowy
Tylko takie pieśni umiem
takie pieśni pisać umiem
Wcale świata nie rozumiem
Jak niechciany ciężar zdarzeń
który niosę na swym grzbiecie
i jak ptaki – lotni kpiarze -
bo najlżejsze są na świecie
Jak krzyk pierwszy noworodka
i ostatnie przebudzenia
Jak noc która nie jest słodka
i jak miłość której nie ma
Takie czuję przygnębienie
taki nastrój minorowy
Brzmi fortepian jak cierpienie
nic nie zmienię nie ma mowy
Tylko takie pieśni umiem
takie pieśni pisać umiem
Wcale świata nie rozumiem
Przepraszam, nie mogłam ostatnio pisać, a może zwyczajnie nie miałam ochoty. Byłam zmęczona, zdezorganizowana przeprowadzką, tym powolnym wędrowaniem, ciągłym pakowaniem ubrań i wspomnień, ciągłym przenoszeniem sprzętów, sprawdzaniem, czy wszystko, co miało pozostać, jest nadal na swoim miejscu. Czułam się przerażona tym, że Wyspa może zginąć; oszołomiona zapachem jej umierania stawałam codziennie na wzgórzu za domem i ogrodem wpatrując się w niebo.
Tyle rzeczy się tu pozmieniało. Słoneczny Chłopiec zniknął, obawiam się, że tym razem ostatecznie; pewnego dnia rozpłynął się po prostu, kolor jego włosów i skóry wtopił się w złote brązy Wyspy. Nie wiem czy pamiętasz, że nie ma też Kociego Mężczyzny, od ostatniego listu spotkaliśmy się tylko raz, kiedy wrócił, aby pomóc mi w wyjeździe. Spędziliśmy wspólnie jedną noc, chłodną i ciemną, pełną niepotrzebnych słów i niepotrzebnych gestów, namiastek prawdziwej czułości. A o świcie stałam długo na zimnej plaży patrząc, jak jego łódka znika między dwoma błękitami, wróciłam dopiero gdy poczułam, że zaczynam o nim zapominać.
Wróciłam. Mieszkam teraz znowu w moim pustym białym domu. Z okien nie widać niczego poza jesienią, nic też poza nią mnie nie obchodzi. Nie wychodzę nigdzie, nie przypominam sobie niczego – ta jesień ma być jesienią spokojną i leniwą, chociaż taka nie będzie, pamiętam jeszcze moje zeszłoroczne zimowe plany.
Dziękujemy, ale niestety obecnie szukamy respondentów o innym profilu. Nie zniechęcaj się jednak — mamy nadzieję, że wkrótce
znowu weźmiesz udział w naszej ankiecie!
I tak prawie za każdym razem. Pytają, czy chcę wziąć udział w ankiecie, zgadzam się, odpadam po dwóch pierwszych odpowiedziach. W przypływie dobrego humoru mogę mówić, że mam najlepszy dowód na to, jak oryginalna jestem.
Nie pasuję.
Z racji wieku i przymusowego wkręcenia w trybiki codzienności nie mogę siedzieć z rozpuszczonymi włosami i smętnym wzrokiem patrząc na zachód słońca/wschód Księżyca/przelatujące ptaki/fale uderzające o brzeg (niepotrzebne skreślić), ominął mnie smętny żywot emo. Wbrew wszystkiemu wolę się śmiać niż płakać, nawet jeśli tylko ja widzę komizm sytuacji.
To takie luźne poniedziałkowe refleksje, strzępy zdań i obrazków fruwają smętnie, przypominając, że miało być na jakiś temat. Ale się rozmyło.
Taka pora. Życia, roku, a może tylko dnia. Zobaczymy.
Lubię być sama.
Lubię, kiedy się odzywasz, lubię gdy w trakcie rozmowy proponujesz spotkanie. Lubię również, kiedy przesyłamy sobie tylko krótkie “cześć”, sygnał, że jesteśmy gdzieś tam, po dwóch stronach IM.
Muśnięcie.
Nie lubię, kiedy bez słowa wysyłasz zaproszenie, a ja ląduję… nie, nie ląduję, bo od miesięcy na takie zaproszenia nie reaguję… wylądowałabym w tłumie nieznanych mi osób. Twoja lista przyjaciół jest twoją listą przyjaciół, to takie oczywiste, tak trudno zapamiętać? Nawet rozumieć nie trzeba, po prostu gdzieś to sobie zapisz.
Najbardziej nie lubię, kiedy w takim przypadku, na pytanie po co i dokąd to zaproszenie, widzę uśmieszek i wątłe tłumaczenie: “och, wysyłałem zbiorowo”.
Zbiorowo? Do mnie? Czy ja jestem zbiorowa? Uspołeczniona? Jakaś cholerna krowa czy inna gazela, zwierzę stadne?
Naprawdę nie wiesz jeszcze, jak bardzo oryginalna jestem?
.
No, może nie wiesz. Powinieneś więc zacząć czytać ten wpis od początku.
.
———————–
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam
Przez życie nie chce gnać bez tchu
Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć, czy być
No, życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić
Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Już nie chce z nikim ścigać się, z sił opadam!
Przez życie nie chce gnać bez tchu
Będę tracić czas, szukać dobrych gwiazd
Gapić się na dziury w niebie
Jak najdłużej kochać ciebie
Na to nie szkoda mi zmierzchów, poranków
I nocy..
Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!
A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć, czy być
No życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić
(Magda Czapińska) Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam Na pierwszej stacji, teraz, tu! Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam Przez życie nie chce gnać bez tchu Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę Gubiąc wątek i dni A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej! A życie przecież po to jest, żeby pożyć By spytać siebie: mieć, czy być No, życie przecież po to jest, żeby pożyć Nim w kołowrotku pęknie nić Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę Gubiąc wątek i dni A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej! Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam Na pierwszej stacji, teraz, tu! Już nie chce z nikim ścigać się, z sił opadam! Przez życie nie chce gnać bez tchu Będę tracić czas, szukać dobrych gwiazd Gapić się na dziury w niebie Jak najdłużej kochać ciebie Na to nie szkoda mi zmierzchów, poranków I nocy.. Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę Gubiąc wątek i dni A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej! A życie przecież po to jest, żeby pożyć By spytać siebie: mieć, czy być No życie przecież po to jest, żeby pożyć Nim w kołowrotku pęknie nić
Wieczór w Select. Trochę klasyki: były kolorki, gesturki, kilka dialogów na poziomie… o którego istnieniu dowiedziałam się dopiero dzięki SL. Nie, nie, cytatów nie będzie, na to trzeba sobie zasłużyć. Tylko pytanie retoryczne, jak długo jeszcze pan Fujara będzie się onanizował powtarzanymi w kółko tekścikami, z założenia mającymi mnie obrazić.
I specjalna dedykacja.
.
Spisałam słowa, autora niestety nie znam, chociaż mogę gdybać, że tekst napisała Olga Lipińska
.
Gdzie tylko polskie serce po polsku mocno bije
tam cię spotykam najczęściej, tam nam ze sobą najmilej
Nie zmogła ciebie Komuna, kropidło też nie da rady
Jak orzeł szybujesz w chmurach, bo skrzydła masz nie od parady
Dumna i wolna, szumna i pańska
w koronie ze świecidełek
obywatelska, chłopska, hetmańska
w szumie sztandarów na czele
Żadna się ciebie skaza nie ima
cenniejszaś dla nas niż złoto
lata mijają, a ty się trzymasz
odwieczna polska głupoto
Ten, kogo palcem wskażesz rusza za tobą w taniec
choćby już stał przed ołtarzem ważniejsze będzie powstanie
Szaniec z brylantów sypany, szarża skrzydlata pod Wiedniem
Wpierw mazur, potem rany, sam Chrystus narodów nieledwie
świat się na ciebie zawsze wypinał
a dziś po prostu go nudzisz
Już po Komunie padł mur w Berlinie
żyjesz z kuponów od złudzeń
Jak neon świeci korona z cierni
lecz to nie działa już na mnie
Pejzaż po bitwie na tle sztandarów
ułan z dziewicą przy szambie
Na początku mojej drogi w SL poznałam Czecha. Miał na imię Honza i rozmawiał ze mną po angielsku, nie dając się przekonać na przejście na uwielbiany przeze mnie czeski.
Dużo zwiedzaliśmy (ech, ta świeżość doznań). Polskich miejsc było wtedy niewiele, daleko było jeszcze do narodzin Second Krakow, więc wędrowaliśmy po świecie. Honza pokazał mi czeską wyspę (dzisiaj już nieistniejącą Bohemię, o ile mnie moja pamięć nie oszukuje), zrobioną na kształt małego miasteczka, z kilkoma sklepikami, uliczką i ogródkiem piwnym.
Byliśmy tam tylko raz, potem kategorycznie odmawiał, tłumacząc, że “Czesi w SL robią to samo co Czesi na mojej ulicy – całymi dniami siedzą, piją piwo i narzekają na wszystko. Nigdy się nie ruszają poza swoją wyspę, nigdy niczego nie widzieli”…
Potem świat zaczął wirować coraz szybciej, pamiętam jeszcze, że pokazałam mu młody Krakow, chwilę później nasze drogi się rozeszły.
Jego słowa wróciły do mnie niedawno, kilka tygodni temu, kiedy zniknięcie Second Poland z mapy SL stawało się coraz bardziej realne. Wróciły do mnie kiedy przypomniałam sobie prawie niezmienny tłumek dzień w dzień kiwający się malowniczo w rytm swoich AO pod pomnikiem Mickiewicza (nigdy niedokończonym swoją drogą, wieszcz nie miał szczęścia do swojej wirtualnej repliki). I drugi, niemal bliźniaczy, puszczający particle w sandboksie Centrum Polska.
Co dalej? Co z nimi będzie? Jak odnajdą się w tym świecie, gdzie jest kilkadziesiąt tysięcy rejonów, których nigdy nie widzieli? Jakie niebezpieczeństwa na nich czychają? Co będą robić, jaki będzie sens ich istnienia, skoro nie będzie już znienawidzonych “onych”, których można było obrzucać błotem i niezbyt wyszukanymi epitetami?
Ciekawe ile z nich odejdzie na zawsze, bo przecież teraz w SL nie ma już co robić.
Że to wyssane z palca, że przesadzam?
Rozmawiałam z takimi, którzy mimo kilkumiesięcznego stażu w SL nie ruszyli się poza Second Krakow. Nawet na odwiedziny w sąsiadującym Poznaniu czy Wroclawiu brakowało im… czego? Czasu? Chęci? Ciekawości?
Blance już po zamknięciu Centrum Polska zadano pytanie, do kiedy ma kontrakt i czy jest świadoma konsekwencji, jakie poniesie za swoją decyzję (brzmiało to inaczej, lekko podrasowałam literacko). Na forum Second Poland odkrywczy post: “Zobaczcie od kiedy nie ma SP , nie ma kolejnych ‘raportow o incydentach’ . zabawne czyz nie ?”
Porażające odkrycie. Może to jakaś forma życia po życiu? Second Poland znika z mapy Second Life, ale incydenty będą. I gesturki puszczane… chyba przez skype. I kolejne teorie spiskowe, i gnębieni przez “onych” dzielni obrońcy nieskrępowanej wolności…
Pobudka. Pora wstać i rozejrzeć się dookoła. Zwiedzić coś więcej niż okolice Gratki i kilka pierwszoligowych sklepów. Sprawdzić, co to takiego jest to Second Life. Zachwycić się, albo wylogować i nie wracać.
Wszystkim będzie przyjemniej.
Moje pożegnanie z Second Poland było krótkie. Sprzątanie zabawek, kilka zdjęć. Trochę wspomnień. Refleksja nad ulotnością wirtualnego świata, w którym wszystko znika nie pozostawiając po sobie nawet garstki piasku.
To nie był upadek imperium. To tylko przeciąg w składzie kartonu.
.
.
.
.
Dziękuję tym, których dzięki Second Krakow poznałam. Postaram się chronologicznie, chociaż za dokładność nie ręczę: Emus, Malwina, Pawell, yees, Magnus, Marcinek1991, Dominik, Linka, Walter, Kuzmin, Sidey, Anulka, Madonna, Ujtana. Cieszę się, że nasze pikselowe drogi się skrzyżowały.
Przepraszam tych, których zapomniałam, a tych, o których nie zapomniałam nie wymieniam dlatego, że poznaliśmy się gdzie indziej.
No i to SP znika, nie ja, do cholery, nie będę Wam wszystkim teraz stawiać nagrobka.
Wszystkie zdjęcia, teksty i wiersze zamieszczone na blogu są mojego autorstwa (o ile nie zaznaczono inaczej). Skontaktuj się ze mną jeśli chcesz ich użyć.